piątek, 31 lipca 2015

Rozdział VI

Rozdział VI
~Remus~
Kiedy Claudien wypraszała wszystkich z gabinetu podszedłem do niej, ażeby nie rozłościć jej jeszcze bardziej.
-Idź, usiądź na łóżku i nie denerwuj mnie.
Nie chcąc jej robić na złość usiadłem na krawędzi łóżka i skuliłem się nieco. Boje się jej. Ona mnie zabije. Przecież zabiła już połowe ministerstwa... zaraz. CO ona robi? CO bierze? Z czym do mnie podchodzi?
-Nie cykaj się tak. Połóż się.-Nie ufam jej ale muszę zrobić co każe.-Nie bój się. Nie zabije cie, jeszcze.-po chwili- No odezwij się. Jesteśmy sami i póki nikt nie widzi nie mam powodów,żeby być dla ciebie niemiła. Porozmawiajmy. Jestem Claudien Delacroix, mam 17 000 lat, jestem hybrydą. Teraz ty.
-Jestem Remus John Lupin. Mam 30 lat.-mówiłem urywanymi wypowiedzeniami
-I jesteś wolfbloodem jak mniemam?-stwierdziła
-Tak.
-Nie bój się, bo jeszcze nie dałam ci powodu do strachu. NA spokojnie. Teraz tak... skąd masz te rany i jak długo je masz? Kto ci je zrobił?
-Częściowo mam je od przemiany.
-A częściowo?
-... Nieważne.
-Remus...-po dłuższej chwili-nie chce używać legilimencji ale nie dajesz mi wyboru
-No dobrze. Zrobił mi je jeden z twoich żołnierzy.
-Kto konkretnie? Pamiętasz jak wyglądał?
-Był dosyć wysoki i dobrze zbudowany...
-Ktoś jeszcze? Słyszałeś jak się nazywał?- Zamruczałem coś pod nosem-CO? Powtórz.
-Chyba Goyle i Crabbe.-Wciągnęła gwałtownie powietrze ale nic nie zrobiła
-Załatwie to jutro. Teraz spokojnie, nic ci nie zrobie-i wyciągnęła nożyczki chirurgiczne. Zacząłem się mimo woli trząść ze strachu.- Nie bój się. Chce oczyścić ci rany, ale najpierw muszę z ciebie zdjąć te szmaty. Nożyczkami rozcięła mi koszule i spodnie wzdłuż nogawek. Przeszły mnie zimne dreszcze od tego dotyku. Zdjęła ze mnie resztki ubrań (spokojnie zboczeńcy, bielizne zostawiła) i podeszła do szafki w której miała kilka buteleczek z eliksirami. Wzięła jedną i wacik lub gazik, nie widziałem dokładnie. Nalała troche eliksiru na moje rozgrzane ciało i pocierała po ranach. Na początku strasznie zaszczypało więc syknąłem mimo woli. Ona zatrzymała dłoń i pogładziła mnie po głowie.
-Spokojnie, długo to nie potrwa.-chociaż raz spróbowałem jej zaufać. Zobaczę jak na tym wyjdę. Mimo całej wiedzy na jej temat, teraz wydawało się to wszystko kłamstwem. Siedziała przy mnie nie ruszając się i gładziła mnie po głowie. Czy to wszystko co o niej wiemy to jedno wielkie kłamstwo? Czułem się przy niej wyjątkowo bezpiecznie. Od dawna czegoś takiego nie czułem, tj. od wybuchu wojny. Najgorsze jest to,że mam tą świadomość,iż jest ona moim najgorszym wrogiem a nie mam ochoty z nią walczyć. Zaćmiła mój umysł. A może użyła na mnie jakiegoś uroku? Delikatnie gładziła moje ciało gazikiem ale już tak nie bolało. Przykładała do ran różdżkę i szeptała zaklęcie przeciwbólowe. Robiła to tak delikatnie,że nie mogłem się skupić na niczym innym poza jej skupionymi na mnie oczami lub powoli oczyszczającymi rany rękoma. Zaraz, wróć! O czym ja myśle? To jest mój wróg i muszę się skupić na tym jak mam się stąd wydostać razem z dzieciakami i Jamesem, którego również mogę potraktować jak dziecko. Ale jak mam się teraz na tym skupić, skoro dotykają mnie te dłonie, skupiają się na mnie te oczy? Niestety, trzeba jej oddać,że jest olśniewająco piękna. Jej siostra również, ale ona...
-Mógłbyś się odwrócić?-zapytała
-Mmm, co?-zdezorientowałem się
-Pytałam, czy mógłbyś się odwrócić?-powtórzyła i uśmiechnęła się do mnie. Trochę głupio się poczułem ale spełniłem jej prośbę i odwróciłem się plecami do góry, wyciągając resztki materiału spode mnie. Claudien zabrała drugi wacik i namoczyła go w eliksirze, czyli po prostu robiła to samo co przed chwilą. Obmyła i zdezynfekowała cały mój kark,plecy,nogi...
-Remusie-zabrzmiało to trochę dziwnie-nie obrazisz się jeśli rozetnę ci ym... bokserki?-spojrzałem na nią pełen ogólnego zdziwienia-Bo wiesz... twoje rany na plecach ciągną się aż za kość ogonową i ten, nie chce,żebyś dostał zakażenia.- Spojrzałem na swoje plecy i rzeczywiście, rany ciągły się przez całe plecy w dół. Najbardziej zdziwiony byłem jej postępowaniem,że pyta mi się czy mogę coś zrobić. Przecież jestem jej własnością. To jest dziwne.
-Ale, pani... jestem twoim niewolnikiem, to jest ym, możesz zrobić ze mną wszystko...-nie rozumiałem tego.
-Remusie, mów mi Claudien lub Claudie. Nie lubie tych formalnych zabiegów. Od teraz nie jesteś moim niewolnikiem ale przyjacielem. Dam ci tyle swobody na ile zauważę,że zasługujesz. Po twoich oczach widać,że jesteś inteligentny i zrozumiesz przekaz wypowiedzi. Więc zgadzasz się być moim przyjacielem?-zapytała a mnie ponownie zamurowało. Skamieniałem. Skisłem. Zdysocjowałem. Dalej wymieniać? Podała do mnie rękę i uśmiechała się przyjaźnie. Nie ta sama osoba,o której mówili nam w Ministerstwie. Podałem jej rękę. Oczywiście dlatego,ażeby mi zaufała i żebym po jakimś czasie mógł się stąd wydostać (a może i nie?).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz