Rozdział
VI
~Remus~
Kiedy
Claudien wypraszała wszystkich z gabinetu podszedłem do niej, ażeby
nie rozłościć jej jeszcze bardziej.
-Idź,
usiądź na łóżku i nie denerwuj mnie.
Nie
chcąc jej robić na złość usiadłem na krawędzi łóżka i
skuliłem się nieco. Boje się jej. Ona mnie zabije. Przecież
zabiła już połowe ministerstwa... zaraz. CO ona robi? CO bierze? Z
czym do mnie podchodzi?
-Nie
cykaj się tak. Połóż się.-Nie ufam jej ale muszę zrobić co
każe.-Nie bój się. Nie zabije cie, jeszcze.-po chwili- No odezwij
się. Jesteśmy sami i póki nikt nie widzi nie mam powodów,żeby
być dla ciebie niemiła. Porozmawiajmy. Jestem Claudien Delacroix,
mam 17 000 lat, jestem hybrydą. Teraz ty.
-Jestem
Remus John Lupin. Mam 30 lat.-mówiłem urywanymi wypowiedzeniami
-I
jesteś wolfbloodem jak mniemam?-stwierdziła
-Tak.
-Nie
bój się, bo jeszcze nie dałam ci powodu do strachu. NA spokojnie.
Teraz tak... skąd masz te rany i jak długo je masz? Kto ci je
zrobił?
-Częściowo
mam je od przemiany.
-A
częściowo?
-...
Nieważne.
-Remus...-po
dłuższej chwili-nie chce używać legilimencji ale nie dajesz mi
wyboru
-No
dobrze. Zrobił mi je jeden z twoich żołnierzy.
-Kto
konkretnie? Pamiętasz jak wyglądał?
-Był
dosyć wysoki i dobrze zbudowany...
-Ktoś
jeszcze? Słyszałeś jak się nazywał?- Zamruczałem coś pod
nosem-CO? Powtórz.
-Chyba
Goyle i Crabbe.-Wciągnęła gwałtownie powietrze ale nic nie
zrobiła
-Załatwie
to jutro. Teraz spokojnie, nic ci nie zrobie-i wyciągnęła nożyczki
chirurgiczne. Zacząłem się mimo woli trząść ze strachu.- Nie
bój się. Chce oczyścić ci rany, ale najpierw muszę z ciebie
zdjąć te szmaty. Nożyczkami rozcięła mi koszule i spodnie wzdłuż
nogawek. Przeszły mnie zimne dreszcze od tego dotyku. Zdjęła ze
mnie resztki ubrań (spokojnie zboczeńcy, bielizne zostawiła) i
podeszła do szafki w której miała kilka buteleczek z eliksirami.
Wzięła jedną i wacik lub gazik, nie widziałem dokładnie. Nalała
troche eliksiru na moje rozgrzane ciało i pocierała po ranach. Na
początku strasznie zaszczypało więc syknąłem mimo woli. Ona
zatrzymała dłoń i pogładziła mnie po głowie.
-Spokojnie,
długo to nie potrwa.-chociaż raz spróbowałem jej zaufać. Zobaczę
jak na tym wyjdę. Mimo całej wiedzy na jej temat, teraz wydawało
się to wszystko kłamstwem. Siedziała przy mnie nie ruszając się
i gładziła mnie po głowie. Czy to wszystko co o niej wiemy to
jedno wielkie kłamstwo? Czułem się przy niej wyjątkowo
bezpiecznie. Od dawna czegoś takiego nie czułem, tj. od wybuchu
wojny. Najgorsze jest to,że mam tą świadomość,iż jest ona moim
najgorszym wrogiem a nie mam ochoty z nią walczyć. Zaćmiła mój
umysł. A może użyła na mnie jakiegoś uroku? Delikatnie gładziła
moje ciało gazikiem ale już tak nie bolało. Przykładała do ran
różdżkę i szeptała zaklęcie przeciwbólowe. Robiła to tak
delikatnie,że nie mogłem się skupić na niczym innym poza jej
skupionymi na mnie oczami lub powoli oczyszczającymi rany rękoma.
Zaraz, wróć! O czym ja myśle? To jest mój wróg i muszę się
skupić na tym jak mam się stąd wydostać razem z dzieciakami i
Jamesem, którego również mogę potraktować jak dziecko. Ale jak
mam się teraz na tym skupić, skoro dotykają mnie te dłonie,
skupiają się na mnie te oczy? Niestety, trzeba jej oddać,że jest
olśniewająco piękna. Jej siostra również, ale ona...
-Mógłbyś
się odwrócić?-zapytała
-Mmm,
co?-zdezorientowałem się
-Pytałam,
czy mógłbyś się odwrócić?-powtórzyła i uśmiechnęła się do
mnie. Trochę głupio się poczułem ale spełniłem jej prośbę i
odwróciłem się plecami do góry, wyciągając resztki materiału
spode mnie. Claudien zabrała drugi wacik i namoczyła go w
eliksirze, czyli po prostu robiła to samo co przed chwilą. Obmyła
i zdezynfekowała cały mój kark,plecy,nogi...
-Remusie-zabrzmiało
to trochę dziwnie-nie obrazisz się jeśli rozetnę ci ym...
bokserki?-spojrzałem na nią pełen ogólnego zdziwienia-Bo wiesz...
twoje rany na plecach ciągną się aż za kość ogonową i ten, nie
chce,żebyś dostał zakażenia.- Spojrzałem na swoje plecy i
rzeczywiście, rany ciągły się przez całe plecy w dół.
Najbardziej zdziwiony byłem jej postępowaniem,że pyta mi się czy
mogę coś zrobić. Przecież jestem jej własnością. To jest
dziwne.
-Ale,
pani... jestem twoim niewolnikiem, to jest ym, możesz zrobić ze mną
wszystko...-nie rozumiałem tego.
-Remusie,
mów mi Claudien lub Claudie. Nie lubie tych formalnych zabiegów. Od
teraz nie jesteś moim niewolnikiem ale przyjacielem. Dam ci tyle
swobody na ile zauważę,że zasługujesz. Po twoich oczach widać,że
jesteś inteligentny i zrozumiesz przekaz wypowiedzi. Więc zgadzasz
się być moim przyjacielem?-zapytała a mnie ponownie zamurowało.
Skamieniałem. Skisłem. Zdysocjowałem. Dalej wymieniać? Podała do
mnie rękę i uśmiechała się przyjaźnie. Nie ta sama osoba,o
której mówili nam w Ministerstwie. Podałem jej rękę. Oczywiście
dlatego,ażeby mi zaufała i żebym po jakimś czasie mógł się
stąd wydostać (a może i nie?).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz